Z pamiętnika starszego bibliotekarza: tajemnica znikających książek.

Będąc co dzień coraz starszym bibliotekarzem, beznadziejnie uwikłanym w zawiłe relacje między ludzkością i technologią, zadzwonił raz do mnie polski dystrybutor pewnego odtwarzacza książek.

– Czy wie pan coś o tych książkach, które ludziom z półek poginęły w Daisy Online?

DAISY on-line ma ze stokrotką wspólne tylko on-line, a jest to interfejs, którym specjalistyczne urządzenia i aplikacje dla niewidomych komunikują się z serwerem bibliotecznym dla wygodniejszego wypożyczania zbiorów cyfrowych.

Odpowiedź na pytanie, zadane przez wspomnianego gentlemana, była mi aż nadto znana i mieściła się w kilku linijkach kodu, wpisanych przeze mnie nie dalej jak tydzień temu.

– Wiem, niestety – odpowiedziałem – ludzie wypożyczali przez lata książki, teoretycznie na trzy miesiące, ale serwer nie pilnował tego terminu zbyt restrykcyjnie, licząc, że dopilnują go odtwarzacze. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bo taka wisząca na półce książka była w rzeczywistości tylko jednym wierszem w bazie danych. Po wprowadzeniu znaku wodnego, sytuacja uległa zmianie. Po zalogowaniu się czytelnika, serwer musiałby zacząć zabezpieczać wszystkie książki na jego półce wypożyczonych, co skutecznie zakorkowałoby cały system.

Zrozumieliśmy się w mig i bardzo dobrze, że nie trwało to ani sekundy dłużej, gdyż już w następnej chwili podbiegł do mnie zaaferowany kolega ze słuchawką telefonu i krótkim oznajmieniem: jest na linii czytelnik, który koniecznie musi z tobą rozmawiać.

– Jak mogliście nam to zrobić? – zapytał, a ja już wiedziałem, że to będzie grubsza rzecz, więc przestawiłem podczaszkowy kombajn w tryb trudnej rozmowy z czytelnikiem.

– Przepraszam uprzejmie szanownego pana, ale jeśli mogę spytać, na czym polega problem?

– To pan nie wie? – zapytał i o ile mogłem się przecież domyślić, to jednak fakt, nie wiedziałem.

– Książki mi poginęły! – wyjaśnił.

– Czy korzysta pan z Daisy online?

– Tak.

– Acha, więc wszystko jasne – zacząłem radośnie, bo wyjaśnienie prostej zagadki miałem przecież przed chwilą przećwiczone…

– Ech, ten znak wodny – westchnął – czy wy sobie zdajecie sprawę, jaką krzywdę zrobiliście niewidomym?

Nie dalej jak kilka dni temu, opowiadałem na pewnej konferencji o znaku wodnym i płynących z jego wprowadzenia drobnych utrudnieniach i dużych korzyściach dla czytelników, Więc już miałem przystąpić do streszczenia tej prostej sprawy, ale czytelnik nie dał mi szansy.

– Ja wiem, to wszystko przez tą… (tu padło nazwisko pewnej damy).

– Myli się pan – odpowiedziałem – wspomniana przez pana niewiasta nie ma z tą sprawą nic wspólnego. Odpowiedzialna jest za nią inna, której na imię dziejowa konieczność. Chyba wszystkie księgarnie sieciowe zabezpieczają znakiem wodnym, my też przymierzaliśmy się do tego już od kilku lat, trochę to więc trwało, ale grunt, że się udało. Korzystamy z wyjątku w prawie autorskim, więc nie tylko w naszym jako biblioteki interesie, ale też i wszystkich czytelników leży to, żeby nadużyciami nie doprowadzić do jego wycofania. Ponieważ ustawa implementując traktat z Marrakeszu powiększyła grono potencjalnych beneficjentów, to i my ze swojej strony tym bardziej musieliśmy podnieść poziom zabezpieczeń udostępnianych zbiorów.

– Przecież pan rozumie – przerwał – że te książki, to nasze okno na świat.

– Rozumiem – odpowiedziałem – i właśnie dzięki znakowi wodnemu to okno mogło się szerzej otworzyć, przez udostępnienie w otwartym standardzie DAISY ponad dwóch tysięcy nowych książek, które wcześniej były szyfrowane.

– A moje książki z półki? Miałem ich kilkaset, a nie została prawie żadna.

– Przecież nie stracił ich pan bezpowrotnie – przerwałem – te wszystkie książki są nadal dostępne w zbiorach, może sobie je pan ponownie wypożyczyć, okno jest otwarte 24 / 7.

Kiedyś myślałem, że ziąb w serwerowni to efekt klimatyzacji, ale w tym momencie mnie olśniło, że to od tego otwartego wirtualnego okna.

Inteligentni ludzie się w końcu zawsze dogadają, więc tak było i tym razem.

Zrelaksowany po długim, ale satysfakcjonującym dialogu, mogłem tylko żałować, że rozmowa telefoniczna nie daje możliwości kultowego rewanżu na parapecie, znanego z twórczości pani Ewy Szumańskiej, jednak ta chwila błogiej zadumy nie trwała długo.

– Przekonał mnie pan, ale coś nam chyba za to dacie?! Jakiś dodatkowy limit?!

– Szanowny Panie – odparłem – przecież do odbudowania utraconej kolekcji, potrzebne byłyby panu dziesiątki gigabajtów, a ona i tak by znowu za trzy miesiące zniknęła.

– Dziesiątki, to nie, ale coś moglibyście nam dodać.

Nie po to przez długie lata pracowałem na bibliotecznym forum na miano betonu, z którym nie warto rozmawiać, nadane mi przez przynajmniej jednego z ulubionych czytelników, żeby teraz zbyt łatwo rezygnować.

– Bardzo chętnie, ale niestety, regulamin tego nie przewiduje.

– Ależ co pan opowiada, przecież w wakacje dodajecie.

Istotnie w wakacje w ramach promocji czytelnictwa, wpisanej w statut biblioteki, więc dokument nadrzędny nad regulaminem serwisu wypożyczeń, dodajemy tradycyjny gigabajt transferu do istniejących trzech.

– To prawda – zaczynałem kapitulować – ale ja jestem tylko bibliotekarzem, decyzje muszą zapaść wyżej.

– O nie, ja wiem, że pan jest władny to zrobić – nie poddawał się czytelnik.

– No dobrze, przekonał mnie pan – podsumowałem – pogadam z kim trzeba i coś pewnie dodamy.

W ten sposób obaj mogliśmy zakończyć rozmowę z poczuciem, że chociaż nie było łatwo, to drugą stronę udało się do czegoś przekonać.

Wracając do domu, nadeszło olśnienie: temu panu wcale nie chodziło o straconą półkę książek, do których i tak nie sięgał, a która mogła skutecznie zatkać kolejkę zabezpieczanych na serwerze. Jemu chodziło o listę tych książek, żeby móc z niej czasem sięgnąć po tytuł wcześniej przeczytany.

Lista książek przeczytanych przez każdego czytelnika jest od niepamiętnych czasów przechowywana w serwerze, jako miliony w sumie wierszy w bazie danych, więc wystarczy prosty interfejs, który tę listę pozwoli przeglądać w DAISY online.

Jedna więcej opcja w menu, zapytanie do bazy danych i odpowiedź w formacie SOAP XML… Tyle ostatnio napsułem „ech tym znakiem wodnym”, że pomysł jawił się jako drobnostka.

Będąc coraz starszym bibliotekarzem borykającym się na rubieży głównego nurtu czytelnictwa, nie takie problemy się już rozwiązywało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *