List Papłońskiego z Wiednia. 1869 rok.

Chyba najdłuższy dotychczas wycinek, ale warto przeczytać, mimo drobnych błędów OCR. Kwiecistość stylu, entuzjazm i ciekawe spostrzeżenia ogólniejszej natury…

Jak dotąd żadna cyfrowa biblioteka nie pochwaliła się skanem Pamiętnika Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych z roku 1870, w którym znajduje się sprawozdanie dyr. Papłońskiego z całej podróży, więc póki co, pozostaje nam poniższy list.

LISTY Z ZAGRANICY.

Wiedeń, 7 Stycznia 1869 r.

Przyrzekłem Redakcyi Kroniki Rodzinnej udzielić niektórych wiadomości z za granicy, tyczących się przedewszystkiem wychowania. Celem podróży mojej, przedsięwziętej kosztem Ministeryum Oświecenia Publicznego, jest zwiedzenie zakładów wychowawczo-naukowych dla głuchoniemych i ociemniałych; by następnie z doświadczenia własnego i z wiadomości po różnych Instytutach zebranych, przyczynić się do rozwoju i pomyślności tego Zakładu, który jest serca naszego najbliższym. Wiedeń, Linz, Monachium, Stutgard, Nancy, Paryż, Bruxella, Hildesheim, Hanower, Berlin, Drezno, Lipsk i Weissenfels, oto są miejscowości, w których znajdują się najsłynniejsze w Europie środkowej instytucye specyalne, poświęcone wychowaniu i nauce tych pokrzywdzonych od natury istot, których kształcenie memu kierownictwu w Warszawie jest powierzone. Dałby Bóg, aby skutek odpowiedział dobrym chęciom, jakie nas ożywiają, oraz temu współczuciu, jakiemi się instytucya nasza cieszy u publiczności Warszawskiej.

Najbliższym w tym szeregu miast jest Wiedeń; od niego też podróż naszę rozpoczęliśmy. Dwa instytuta dla głuchoniemych w stolicy Austryi istnieją; jeden utrzymywany kosztem rządu cesarskiego, przeznaczony wyłącznie dla katolików; drugi kosztem gmin izraelskich całej Austryi, poświęcony wychowaniu dzieci Izraela. Wszystkie zakłady wychowawczo-naukowe dla głuchoniemych mają jeden i tenże cel: oświecić rozum, wykształcić i przygotować dziecię do życia w społeczeństwie, bez ciężaru dla innych i z korzyścią, dla siebie. Osiągnięcie tego zadania zależy od środków zakładu, umiejętności skierowania sił nauczycielskich do jednego celu; od taktu pedagogicznego, od gorliwości osób w skład Instytutu wchodzących; a najbardziej od zamiłowania w obranym zawodzie. Bez tego ostatniego warunku, żadnego postępu wróżyć nie można. Częstokroć z nierównie mniejszemi środkami, ale przy miłości ku dzieciom, daleko skuteczniej dosięga się celu, niż przy olbrzymich nakładach, ale z myślą tylko o sobie. Kto nie czuje w sercu swojem miłości ku swym wychowańcom, kto występuje do nich tylko z powagą zwierzchnika, ale bez pobłażliwości i pieszczot, z jakiemi ojciec własne dzieci traktuje, niech się ten zawodu pedagogicznego wyrzecze na zawsze. Rozjaśni on rozum wychowańca, ale osuszy i to nędzne źródełko uczucia, które w sercu jego się sączy. Sierota, pojmujący swoje kalectwo i położenie w świecie, lecz nie umiejący znaleźć w sercu swojem osłody i pociechy, jest stokroć nieszczęśliwszym od ślepego żebraka, rzuconego na ulicę dla wyciągania ręki do litościwych przechodniów. Miłości więc przedewszystkiem w wychowaniu dzieci potrzeba; a w prowadzeniu głuchoniemych i ociemniałych ona cuda stwarzać może.

Zwierzchnik zakładu dla tych istot, może mieć tylko kroplę rozumu, tylko kropelkę taktu, ale musi mieścić w swym sercu cały ocean miłości. Miłość w wychowaniu jest jak owa gwiazda przewodnia, która mędrców doprowadziła aż do stóp Zbawiciela; doprowadzi też ona do przywrócenia słuchu głuchym, wzroku ślepym, to jest do wydobycia, rozwinięcia i zużytkowania tych władz, które w bardzo znacznym stopniu brak tych zmysłów zastąpić mogą. Drugi przymiot w pedagogu głuchoniemych i ociemniałych stanowi rozum; i pod tym wyrazem wcale nie myślimy o głębokiej nauce, o zbadaniu systematów filozoficznych, o specyalności filologicznej, historycznej, matematycznej; nie, rozumiemy tu dar zastanawiania się, spostrzegania, wyciągania wniosków i następnie umiejętnego kierowania swą wolą. Rozum taki poprowadzi nauczyciela do poznania wychowańca i wskaże mu najwłaściwszą drogę do obudzenia władz umysłowych dziecięcia, i dalej do ich rozwinięcia i wykształcenia. Trzecim warunkiem jest takt, a na wyrobienie jego składają się cierpliwość, rozwaga i doświadczenie. Komu jednego z tych przymiotów, miłości, rozumu lub taktu, brakuje, ten zawodowi pedagogicznemu poświęcać się nie może; praca jego bowiem nie tylko bezowocną, ale nawet szkodliwą będzie. Są to strony ogólne pedagogiczne; stronę specyalną stanowi wykształcenie właściwe; nie może muzyk uczyć malarstwa, ani malarz muzyki. To się rozumie; ale też mówimy tu nie o specyalnem kształceniu głuchoniemych i ociemniałych, tylko o wychowaniu humanitarnem, o zrobieniu głuchoniemego lub ślepego, przedewszystkiem— człowiekiem, pierwej niż on zostanie stolarzem, tokarzem lub artystą.

Otóż dla należytego ocenienia zakładów dla głuchoniemych i ociemniałych, przedewszystkiem potrzeba zbadać indywidua, którym wychowanie i instrukcya w tych zakładach są powierzone. Jeżeli u głuchoniemych Dyrektor jest znużony i życiem i służbą dobru publicznemu; jeżeli jest znękany przeciwnościami i walką bezowocną z tymi, od których byt jego materyalny zależy; jeżeli wiek spóźniony zmusza go do drzemania w chwilach na działanie przeznaczonych; tam i nauczyciele energii mieć nie będą i za przykładem Dyrektora usną na lekcyi, a za nimi uczniowie i uczennice już nie spać, ale chrapać będą, i ospałość przez całe życie cechą ich charakteru zostanie. Tak rzeczywiście, przykład idzie z góry; jakim jest Dyrektor, takimi sa nauczyciele, takimi też będą i uczniowie. Wszelka instytucya dla głuchych i ślepych stoi Dyrektorem; od niego zależy życie i postęp, od niego wychodzą opieszałość i upadek.

Tą miarką należało mierzyć oba instytuta Wiedeńskie dla głuchoniemych; ale zdania swego o nich tu nie wypowiem; przybyłem bowiem nie uczyć i poprawiać, lecz uczyć się i porównywać. Wreszcie, do czego posłużyłyby wszelkie uwagi, jakiebym tu zamieścił? Drzewo krzywe i nieurodzajne należy ściąć i oddać na spalenie, a natomiast zasadzić latorośl młodą, któraby obiecywała i życie i owoce. Przykładanie siekiery nie do mnie należy.

Instytuta Wiedeńskie z gruntu różnią się od Warszawskiego ; wszystkie trzy mają swoje zalety i wady. Najwyższą zaletą Wiedeńskiego-izraelskiego, jest to, że w niem rozwinięcie umysłowe dziecięcia doprowadzone jest do najwyższego stopnia, o jakim po 6-cioletniej nauce marzyć wolno. Uczniowie z nadzwyczajną biegłością czytają z ust, bez względu czy te są opatrzone wąsami, czy nie; mówią wyraźnie, piszą poprawnie, stylem nie tylko czystym, ale nawet ozdobnym. Uczniom klassy *-ej zadałem sam temat i natychmiast w moich oczach, bez żadnej obcej pomocy, każdy z nich napisał odpowiedź na dwóch stronicach, odczytał ją na głos wyraźnie i z uczuciem, nie popełniwszy ani jednego błędu przeciw językowi lub ortografii. Następnie examinowałem we wszystkich klassach, od pierwszej do ostatniój, i wszędzie byłem zdumiony postępami w mowie, rozwojem umysłowym, odpowiedziami z religii, nauk przyrodzonych, historyi, geografii, rachunków. Panny klassy fi-ej w lot rozwiązywały zdania z liczbami mianowanemi; zamieniały pieniądze ruskie na austryackie, odrabiały z nadzwyczajną biegłością przykłady z ułamkami; słowem, w 14-ym roku życia (starszych nie ma), niewiele więcej wymagać można nawet od słyszących.

Migów poczynając od trzeciej klassy nie używają wcale; religia w trzecim dopiero roku wykładać się zaczyna, a mimo utrudnienia wykładu, z powodu konieczności przytaczania textów hebrajskich, dzieci na wszelkie zadawane im pytania, odpowiadały z wyraźnem nietylko rozumieniem, ale i poczuciem, tego co mówiły. Językiem wykładowym jest niemiecki; starszych klas uczniowie i uczennice uczą się i po hebrajsku. Nie darmo Dyrektor tego Istytutu p. Deutsch używa tak rozgłośnej sławy w Niemczech; zdobył ją sobie nadzwyczajnem poświęceniem i pracą.

Jedna ogromna sala jest wspólną dla wszystkich klas i obu płci; klassa Dyrektora jest na podniesieniu, żeby Dyrektor łatwiej mógł widzieć, co się w całej sali dzieje. Pośrodku stoły dla każdej klassy oddzielne. Sześć osób, składa to całe ciało nauczające w Instytucie Izraelskim; każdy nauczyciel ma po 30 godzin na tydzień, a płace są daleko niższe niż w Instytucie Warszawskim. Dyrektor pobiera tylko 600 rubli (1000 guldenów) pensyi obok stołu i mieszkania; nauczyciele stosunkowo od 500 guld. (300 rubli) do 300 (180 rubli). Każdy nauczyciel uczy w swej klassie kaligrafii, a jeden prócz tego i rysunków. Lekcye trwają przez 5 dni (Sobota i Niedziela są wolne), codziennie po 6 godzin; wieczorem od 5 do 8, przygotowania się uczniów do lekcyi w obecności dozorczyni i jednego z nauczycieli. Kobiety nie uczą wcale. Dziwne uproszczenie wszędzie znalazłem i w administracyi i w posługach domowych. Cały zarząd w ręku Dyrektora; rachunki prowadzi jeden z nauczycieli, gospodarstwem zarządza pani Dyrektorowa; jedna dozorczyni jest razem i szwaczką do reperacyi bielizny i infirmerką i nauczycielką robót kobiecych. Jeden stróż, jedna kucharka, jedna pomywaczka, stara furtyanka i dwie dziewki służebne, oto personat do obsłużenia całego domu.

Wszakże jeżeli rzeczywiście rozwój umysłowy głuchoniemych w Instytucie Izraelskim, wyższym jest od takiegoż rozwoju w Zakładzie Warszawskim, to pamiętać należy, że na naukę mowy, na kształcenie umysłu dzieci poświęcają tu 9 godzin dziennie; że wakacje trwają tylko 4 tygodnie; że święta nie ciągną się przez dwa lub półtrzecia tygodnia jak u nas. Różnica najważniejsza zależy na tem, że tu żadnych rzemiosł dzieci nie uczą; osiągnąwszy cel główny polegający na rozwinięciu umysłu i wykształceniu serca, dzieci w 15-m roku życia opuszczają zakład i idą w świat, podług wskaźni ich rodziców lub opiekunów. Zadanie Instytutu spełnione, reszta do niego nie należy. W Instytucie Warszawskim pierwszy założyciel jego obrał inną drogę; zamierzył osiągnąć dwa cele: i umysł wykształcić i dać w samym zakładzie sposób do zapracowania na dalsze utrzymanie. Myśl to zacna i niepodobna zaprzeczyć, że bardzo wiele okoliczności za nią przemawia. My tylko może trochę za daleko posuwamy wykonanie tej myśli; czyli drugiemi słowami, trochę zawcześnie w życie ją wprowadzamy. My od pierwszego dnia przeznaczamy dziecko do rzemiosła, które wprawdzie w ciągu nauki uczeń

może kilka razy zmienić, aż natrafi na to, które mu więcej do gustu i usposobienia przypadnie; ale zawsze sądzę, że zaprzątanie małych dzieci po 2 godziny dziennie rzemiosłem, jest zmarnowaniem drogiego czasu, któryby daleko korzystniej mógł być użyty. Będziemy się starali poprawić pod tym względem; wszak potośmy pojechali za granicę.

Instytut katolicki dla głuchoniemych w Wiedniu ma swoje zalety; daje on przytułek 104-m nieszczęśliwym, przysposabia do pracy, ale ma bardzo wielką wadę; klassy są w nim przepełnione, a sił nauczycielskich mało; Dyrektor, dwóch nauczycieli starszych, dwóch młodszych i dwóch stypendystów (kollaboratorów) stanowią ciało i wychowujące i nauczające. Przeciążenie rodzi zniechęcenie, dalszym stopniem którego jest apatya. Skutki apatyi z jednej strony, a obowiązek służby, z drugiej, wywołują wybór uczniów zdolniejszych dla popisu przed władzą i publicznością. Jest to fałsz, szkaradna wada w każdym człowieku, zbrodnia w nauczycielu.

W każdej klasie tak u głuchoniemych jak i 11 ociemniałych—chłopcy i dziewczęta uczą się razem. W zasadzie pisałbym się na to; w każdym razie z zastrzeżeniem dopilnowania pewnych warunków; a mianowicie: dziewczęta winny siedzieć w oddzielnych ławkach, z jednej strony klasy; chłopcy oddzielnie z drugiej, powtóre, ani na jedną chwilę nie mają zostawać bez dozoru osób starszych. Taka nauka wspólna ma swoje zalety; uczy bowiem przyzwoitego zachowania się jednej płci w obec drugiej; podnieca ambicyę i wyradza współ ubieganie się; nakoniec, przyzwyczaja do towarzystwa, w jakiem dziecko po ukończeniu nauk znajdzie się w świecie; panna widzi tu w mężczyźnie takiegoż człowieka jak ona sama, z temiż zaletami i wadami; więc ani marzy o nim, jakby o jakim ideale, ani ucieka od niego, jak od jakiego żarłocznego potworu.

W pewnej pensyi klasztornej w Warszawie, przed laty, znalazłem naukę wszystkich przedmiotów w ręku kobiet; jeden tylko mężczyzna dopuszczony był do wykładu, ale tak brzydki z oblicza, że mógłby rzeczywiście być za stracha na wróble postawionym w ogrodzie. Jestem prawie pewny, że szanowne przewodniczki wskazywały nań swym uczennicom mówiąc: „patrzcie, wybrałyśmy wam najpiękniejszego mężczyznę i ten jeszcze do djabła podobny; więc możecie sobie wystawić, cóż są inni”. Ale do czego doprowadzi takie wychowanie, jeżeli panna po wyjściu z pensyi przekona się, że rzeczywiście są inni? Czy nie pomówi o fałsz swoje mistrzynie, a przez to samo, czy w sercu jej nie zachwieje się wiara, w to nawet, czego ją uczono , a co jest prawdą samą. Powtarzamy więc, że w zasadzie podzielamy połączenie dzieci jednej płci dla nauki, ale w zastosowaniu prowadzi to do wielu niedogodności i ma swoje ujemne strony. Dziecię jest pozbawione swobody, tak koniecznej dla rozwoju sił fizycznych, nabiera sztywności; a jeżeli jedne, zdolniejsze nabierają ambicyi i chęci do pracy, z bojaźni być skompromitowanemi w obec dzieci innej płci, za to drugie, a szczególniej panny mniej uzdatnione, gdy mimo swą pracę, na strofowanie nauczycieli w obec wszystkich zasłużą, powoli tracą ambicję, a bez tego przymiotu czemże jest człowiek w ogólności, a kobieta szczególniej? Niedogodność leży przytem w przepełnieniu klassy. W Warszawskim Instytucie w roku bieżącym jest 5 klass męzkich i 5 żeńskich; niektóre z nich mają aż do 14-tu uczących się, w połączeniu każda miałaby najmniej 20. W jednej klassie, jeżeli ma być postęp prawdziwy, nie może być więcej jak 10-ciu uczących się; a zatem w każdym razie należałoby dzielić. Najwłaściwiej więc zostać

przy tem jak jest, a dla osiągnięcia celów towarzyskich iść tą drogą, na jaką już weszliśmy; urządzać w właściwym czasie wspólne zabawy, przechadzki, rozrywki. Dyrektor Instytutu katolickiego w Wiedniu, wysłuchawszy opowiadania mego o Instytucie warszawskim, o rozdziale klas według płci, o wspólnych zabawach, o warsztatach rzemieślniczych w ograniczeniu liczby uczących się, o liczbie pracowników, opłacach nauczycielskich, zawołał: „ależ to ideał, o jakim nam marzyć nie wolno”. Tak, ale ten ideał dla niego, nie jest jeszcze ideałem dla nas, lecz nim być musi i będzie. Znając siły i środki naszego zakładu, znając bogaty materyał w sercu i głowie nauczycieli naszych złożony, jestem przekonany, że wkrótce będzie on jednym z najpierwszych instytutów w Europie.

Zakładów dla ociemniałych w Wiedniu dwa, jeden wychowawczy, drugi przytułkowy; każdy liczy po 80 wychowańców i wychowanic. W tych zakładach całe dwa dni, od 9-ćj rano do 10-ej wieczorem spędziłem; bo gościnność Dyrektorów nie dozwoliła mi nawet wydalić się do miasta na obiad. Zakładem wychowawczym zarządza Pablasek, człowiek z zapałem zawodowi swemu oddany, autor dzieła o wychowaniu niewidomych, nagrodzony medalem na wystawie paryzkiej, tak za to dzieło, jak i za robótki ociemniałych panien, na jeden włos nie doskonalsze od robót naszych uczennic. Całe obszerne zabudowanie na ten zakład jest przeznaczone, a jakie są środki zakładu, to dość powiedzieć, że ma miljon guldenów (4 miljony złp.) kapitału, a zatem 30,000 rubli samego procentu. Cały kapitał powstał z ofiar dobrowolnych i rząd nie przyczynia się do utrzymania ani jednym szelągiem, jakkolwiek dochodami administruje na przedstawienie Dyrektora. Warszawski oddział ociemniałych, rozporządza trzecią częścią tego procentu; powinien by więc mieć i trzecią część liczby wychowańców Wiedeńskich. Tymczasem ma ich 33, a zatem Wiedeński powinien by liczyć 100. Nauczyciele mają po 20 godzin tygodniowo, pełniąc zarazem (niektórzy,) i obowiązki dozorców; za to pensyi pobierają po 500 guldenów (300 rubli); u nas niektórzy za takież wynagrodzenie i 15 godzin uważają za przeciążenie. Ociemniali uczą się prócz przedmiotów umysłowych, głównie muzyki; rzemiosła stanowią więcej rozrywkę, niż prawdziwą naukę; poświęcają im bowiem tylko po 1 godzinie tygodniowo. Instrumenta muzyczne są te same co i w Instytucie Warszawskiem; różnica zachodzi tylko w dwóch: organach i cytrze. Na organach pobiera naukę czterech uczniów, na cytrze dwóch wychowańców i dwie wychowanice.

O cytrze słów kilka powiemy. Jest to najwdzięczniejszy instrument z salonowych; ton jej tak jest miły i rzewny, że mógł ją wynaleźć chyba tylko wygnaniec. Ani gitara, ani arfa iść z nią w porównanie nie mogą. Dotychczas, nie zaprowadzaliśmy muzyki na instrumentach przenośnych w oddziale żeńskim w Instytucie Warszawskim, z obawy nadużycia ich na przyszłość w celach żebraniny. Ale z cytrą godzimy się w zupełności. Nie zrobi ona wrażenia na otwartem powietrzu, lub w wielkich salach; piękność jej starannie wydać się może tylko w niewielkich salonikach. Nie dziwimy się wcale, że cesarzowa austryacka ztakiem zamiłowaniem po parę godzin codziennie przygrywa na cytrze, na której takim mistrzem był jej ojciec książę Max bawarski; zastanawia nas tylko, dla czego instrumentu tego nie znają w Warszawie. Niechże Instytut nasz Ociemniałych będzie pierwszym, który go w użycie wprowadzi, wykształci on ze swych wychowańców i wychowanic nauczycieli i nauczycielki, którzy przez to i sobie na utrzymanie zapracują i do rozszerzeniu miłej i łatwej muzyki się przyczynią. Zaprowadzenie nauki na organach jest także u nas niezbędnym.

Co do wykształcenia muzycznego; Instytut nasz, stosunkowo do liczby uczniów, bynajmniej nie stoi niżej od Wiedeńskiego. Niech to nie wbija w zarozumiałość szanownych współpracowników moich, pp. Zientarskiego i Tropiańskiego, ale powiemy im, że pod użyciem metody uczenia, nauczyciele Instytutu Wiedeńskiego stoją bez porównania niżej od nich. Nauczycielem orkiestry tutaj jest ociemniały, były wychowaniec tutejszego zakładu, taki zupełnie jak p. Leon Głowacki w Zakładzie Warszawskim, ale ani 10-u Wiedeńskich na jednego Głowackiego bym nie zamienił. Wiem i umiem ocenić, jaki w nim skarb nasz Instytut posiada; ta miłość dla swych uczniów, ociemniałych jak on sam, cierpliwość anielska, zamiłowanie sztuki posunięte do ideału, dodawanie energji, młodszym braciom, zachęcanie ich do pracy i wytrwałości, oto są przymioty p. Głowackiego, które mu w tem miejscu publicznie przyznaję. Z takiemi pracownikami jak wymienieni, i z gorliwością nauczyciela muzyki na skrzypcach jak p. Słoczyński, możemy spodziewać się najpiękniejszych rezultatów.

Jeden z celów zwiedzania instytutów dla ociemniałych było zbadanie warunków istnienia tych, którzy po ukończeniu całkowitego kursu nauk lub po wybyciu 8-iu letniego terminu na naukę w Zakładzie przeznaczonego, opuszczają Instytut na zawsze. Między ociemniałemi wychowańcami są tacy, którzy potrafią muzyką zarobić na same utrzymanie, ale wielu jest i takich, którym natura odmówiła zdolności muzycznych i którzy z konieczności wyłącznie rzemiosłom poświęcać się muszą. Rzemiosła te są tego rodzaju, że i widzącemu z trudnością byt zapewnić są w stanie; a cóż ślepemu, który bez obcej pomocy, ani trzciny do wyplatania krzeseł lub koszów sobie nie kupi, ani o kupca się nie postara, ani nawet nie nabędzie takiej w swem rzemiośle biegłości, do jakiej widzący dojść może. Społeczeństwo musi więc przychodzić takim z pomocą i w Wiedniu rzeczywiście obmyśliło dla nich odpowiednie środki istnienia. Cały gmach dla dorosłych ślepych jest przeznaczony, a złożony kapitał zapewnia utrzymanie 80 ślepym, z przeznaczeniem na każdego po 250 guld. (150 rubli) rocznie. Myśl zacna, cel szczytny— wykonaniu mam coś do zarzucenia. Do Ochrony tej przyjmują ociemniałych, nietylko wychowańców instytutu, ale zewsząd zbieranych, rzemieślników, urzędników, wojskowych do 30-tu lat wieku, tak mężczyzn jak i kobiety. Mieszczą się oni w dwóch oddzielnych połowach domu i obowiązani są po 5 godzin dziennie pracować, od 9 do 12 i od 2 do 4, pozostałym czasem rozrządzają podług upodobania. Nauka trwa wciąż, trzech nauczycieli muzyki (na fortepjanie, na skrzypcach i do orkiestry) i dwóch nauczycieli rzemiosł prowadzą dalej naukę lub kształcą w rzemiosłach ociemniałych, przybywających nie z Instytutu. Wychodzić wolno tylko w Niedzielę i święta. Jakież są skutki takiego zamknięcia? Są to po większej części ludzie młodzi, którzy przez całe życie używali swobody, a może nadużywali, przyzwyczajeni do pozostawania w społeczeństwie i wśród gwaru miejskiego; przeniesieni razem w mury prawie klasztorne, uważają się za naj nieszczęśliwsze istoty na świecie. I cóż dziwnego, że w ciągu kilkunastu lat przeszło 70-ciu ociemniałych wolało wyrzec się przytułku i pójść do gmin swoich, niż pozbawiać się wolności, którą cenić tak się nauczyli. Cel więc chybiony. Przedewszystkiem co do mnie, oddzieliłbym wychodzących z Instytutu wychowawczego, od tych, którzy już w świecie żyli. Tacy jedni z drugiemi nigdy się nie zgodzą. Powtóre, pozostawiłbym tak jednym jak drugim jak najzupełniej wolny wybór, czy pozostawać w zakładzie, czy żyć przy rodzinach odpowiedzialnych za opiekę i prowadzenie, i takim wydawałbym tylko stypendja nie wyższe nad G0 rubli rocznie, z warunkiem żeby całą summę na utrzymanie brakującą, zarobili własną pracą, której się w instytucie i ochronie, poświęcali. O takiem zabezpieczeniu losu naszych ociemniałych marzę od dawna i niedarmo podaję to do wiadomości powszechnej; we właściwym czasie odezwę się o przyczynienie się do urzeczywistnienia tych myśli, jeżeli je publiczność za zasługujące na uwzględnienie uznać zechce.

Nie wiem, czy już nie zadługo nużę czytelników swą korespondencyą, i chociaż mam wiele jeszcze do powiedzenia, z konieczności odkładam do dalszego czasu.

Jan Papłoński

Źródło: Kronika Rodzinna : pismo dwutygodniowe R.2, nr 8 (15 stycznia 1868/1869)

Skan w Polona.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *