Wieczne nieporozumienie. 1937 rok.

Jak głosi popularne powiedzenie w kilku różnych wariantach: syty głodnego, trzeźwy pijanego, (a jak twierdzą niektórzy – również widzący niewidomego) nigdy nie zrozumie, a poniżej krótki traktacik filozoficzny, który próbuje dotrzeć do istoty tego nieporozumienia z przytoczonego trzeciego wariantu.

Co ciekawe, tekst ukazał się na łamach „Kuriera Warszawskiego”, drukowanego w międzywojniu nakładem około 50 tysięcy egzemplarzy (wg Wikipedii), więc współcześnie może dziwić, że tak ambitny artykuł był kierowany do masowego odbiorcy.

Wieczne nieporozumienie.

Pomiędzy ludźmi widzącymi, a tym, co potocznie nazywamy „Światem ciemności”, „Królestwem wiecznego mroku” itp., panuje trwające od wieków, na przestrzeni całego świata „Wieczne Nieporozumienie”.

Jaka jest jego przyczyna?… Skąd ono pochodzi?… Gdzie leży jego źródło?…

Przecie widzącym nie braknie dobrej woli! Serca ich przepełnione są litością dla tych „najnieszczęśliwszych”, dla tych „upośledzonych”… Gotowi są w miarę środków materialnych świadczyć im rozmaite dobrodziejstwa, zakładają dla nich przytułki, czasem nawet szkoły… Niewidomemu żebrakowi nie odmawiają jałmużny, ze łzą rozczulenia kupują od ciemnego ulicznego sprzedawcy jego gazety albo grzebienie… Niewidomi powinni to odczuwać i być wdzięczni…

Więc z jednej strony – wdzięczność. Z drugiej – litość.

A pomiędzy tymi dwoma uczuciami zawieszona w mroku swojej tajemnicy dusza ludzka, która wdzięczną być nie może, bo… nie znosi litości!…

I to właśnie należałoby wziąć za punkt wyjścia przy układaniu stosunków wzajemnych tych dwóch światów.

Gdybyśmy chcieli przejrzeć historię dziejów tego, co nazywamy „sprawą niewidomych” i co istotnie jest wielkim zagadnieniem samo w sobie zasługującym na studia specjalne i specjalne zainteresowanie, gdybyśmy się cofnąć zechcieli w mroczną przeszłość, do kolebki dziejów ludzkości, w dalekie kraje i między obce ludy, to z prawdziwego chaosu wierzeń, zabobonów, przesądów – wyjrzałaby ku nam istota ludzka, której trzeźwe i materialistyczne pogaństwo i surowe pierwotne obyczaje zaprzeczały najczęściej prawa do życia. Więc dzieciobójstwo i ojcobójstwo, złe traktowanie, nędza, głód, poniewierka, opuszczenie…

Dopiero chrześcijaństwo wkroczyło w ten świat cierpienia i upośledzenia ze swym wielkim darem Miłości. Mnożą się przytułki dla niewidomych, spotykamy je w Syrii już w V wieku, w Jerozolimie w VII wieku po Chrystusie. W wiekach średnich najciekawsza fundacja i charakteryzująca najlepiej stanowisko, jakie chrześcijaństwo wywalczyło dla ociemniałych, to założona w Paryżu przez św. Ludwika około roku 1260-go instytucja Quinze-vingts, (istniejąca po dziś dzień). Rosła ona szybko w bogactwo i znaczenie, dzięki opinii publicznej, która w jej członkach widziała potężnych i niemal wszechmocnych rzeczników u Boga.

Więc u źródła nauki Zbawiciela zrodzona miłość, – a przez nią litość…

Ale nie ma jeszcze mowy o uszanowaniu w niewidomym człowieczeństwa. O podniesieniu intelektualnym. O zrównaniu go pod względem umysłowym z jego widzącymi współbraćmi. To przyjdzie później, w czasach nowożytnych.

Przedstawienie na placu publicznym, w którym niewidomi przybrani w czapki z oślimi uszami, odgrywali poniżającą rolę. Śmiech i wesołość tłumu, bawiącego się ich kosztem – wszystko to wstrząsnęło sercem niejakiego Valentin Hauy, wielkiego dobroczyńcy ociemniałych, w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Zrozumiał, że coś zmienić należy. Pojął, że tak być nie powinno… On to założył pierwsze szkoły dla niewidomych, potrafił przekonać społeczeństwo i udowodnił, że ociemniały może być przeszkolony, wykształcony i przystosowany do samoistnego życia.

Od tego czasu (1771 r.) po innej już linii idzie opieka nad niewidomymi. Dziś – wszystko stało się dla nich dostępne, dzięki najnowszym zdobyczom wiedzy specjalnej. Dziś – niewidomy nie chce już litości!

„Nie zadowala się on tym pierwszym stopniem sympatii, jaką jest współczucie… On jest bardziej wymagający: pragnie bowiem miłości!” (Nino Salvaneschi). „Nic bardziej dla niego radosnego i pocieszającego, jak fakt wielokrotnie stwierdzony, że do ludzi niewidomych zbliżają się jednostki najbardziej wartościowe i sympatyczne”.

Nie mam oczywiście na myśli instytucji społecznych i filantropijnych. Mówię o tym zbliżeniu z wolnej ręki, z wolnego wyboru, zbliżeniu nieurzędowym, człowieka do człowieka, jednostki do jednostki.

„Ociemniałego” – powiada Savaneschi – wielu przyjaciół opuszcza. Podchodzi do nas tylko ten, kto pragnie uścisnąć naszą rękę. Zbliżają się jedynie ci, którzy posiadają tę najwyższą kulturę – jaką jest kultura duszy. Często, z obowiązku, pozostają ci, z filantropijnych placówek. Wybieramy z pośród nich tych, których prawdziwą przyjaźń wyczuwamy, i którzy nie wymagają dla siebie wdzięczności. (Brewiarz szczęścia – Nino Salvaneschi).

Wdzięczności? Za co? Za łachman ludzkiego uczucia, jakim jest jałmużna?!…

O niewdzięczności niewidomych względem tych, co się nimi opiekują, mówi się bardzo wiele…

„Ale dlaczego – zapytuje Maurycy de la Sizeranne – wymagać od biednych cnót, których się częstokroć samemu nie posiada?… Czy dlatego tylko, że są biedni?”

„Wdzięczność jest daniną szlachetnego serca”…

Zapewne. Ale szlachetne serca nie wymagają wdzięczności!…

Cokolwiek by się mówiło o ciężkich czasach, o kryzysie, o nieczułym sercu społeczeństwa, – twierdzę stanowczo, że zawsze łatwiejszą rzeczą jest staranie się o finansowanie jakiejś sprawy, niż oddanie jej duszy! i słusznie powiada Maurycy de la Sizeranne: „Ażeby wspierać – wystarczy dawać. Ażeby pomóc – trzeba dać siebie!”.

„Ludzie często zadają niewidomemu pytanie: Kto jest bardziej nieszczęśliwy, czy ten, kto urodził się niewidomy? czy ten, kto nagle został pozbawiony wzroku? czy też ten, co go zwolna i stopniowo traci? Kto wie, czy nie należałoby raczej pytać, kto jest mniej szczęśliwy?…”

„Jesteśmy, mimo naszych zamarłych oczu, czymś więcej, niż umarłymi. Jesteśmy żywymi, którzy żyją lepiej… Prawdziwe szczęście leży w doskonaleniu samego siebie; jest przeto nam dostępne i od nas tylko zależy radość i pogoda ducha. Powolna utrata wzroku w wieku późniejszym ma w sobie coś ze słodyczy zapadającego zmierzchu. Ostatnie pożegnanie światła, rzeczywistości, widoku osób drogich, jest jak gdyby duchowym objęciem ich w posiadanie…” (Brewiarz szczęścia. – N. Salvaneschi).

Zacytowane słowa, przytoczone myśli, uchylony rąbek duszy niewidomych, wykazują jasno, jak bardzo fałszywie się do nich ustosunkowują widzący, jak błędnie ich sądzą, jak zupełnie ich nie rozumieją.

I może teraz, czytającym ten artykuł, usprawiedliwiony się wyda jego tytuł: „Wieczne nieporozumienie”.

Wanda Zaleska-Kurnatowska.

Źródło: Kurier Warszawski: wydanie wieczorne. R. 117, 1937, no 177

Korekta OCR: redakcja czasopisma „Sześciopunkt”

Skan w EBUW

2 myśli na temat “Wieczne nieporozumienie. 1937 rok.”

  1. Dziękuję za ten i inne teksty z przeszłości.
    Czytam każdy z zainteresowaniem.
    Bardzo ciekawy tekst na temat niewidomych pojawił się w trzecim tomie antologii reportaży pod redakcją M. Szczygła. Jest to relacja Heleny Boguszewskiej z zakładu w Laskach z 1932 r.
    Z tego co znalazłam wynika, że była to większa relacja, wydana nawet w formie książki.
    Poniżej podsyłam link do wersji cyfrowej:

    http://rcin.org.pl/dlibra/doccontent?id=48313

    Mam nadzieję, że te krótsze wzmianki publikowane na Typhlosie też się tutaj z biegiem czasu pojawią.
    Sama próbowałam szukać jakichś starych artykułów dotyczących niewidomych, ale nie bardzo wiedziałam, jak się do tego zabrać.
    Pozdrawiam.

    1. Dzięki za słowa uznania i ciekawy trop w dalszych poszukiwaniach.
      O książce H. Boguszewskiej wiem z Kuriera warszawskiego, w którym ukazała się krótka recenzja tego utworu w 1932.
      Ale o antologii Szczygła nie wiedziałem – czy pod fragmentem, o którym piszesz, jest jakaś informacja, że ukazał się on w starej prasie, czy po prostu jest to fragment książki?
      Dzięki za link do wersji cyfrowej – prawa autorskie do utworu wygasną za jakieś 30 lat (70 lat po śmierci autorki), więc póki co treść jest niedostępna poza biblioteką prowadzącą portal RCIN.
      Ale się okazało, że w wersji brajlowskiej, książka jest też dostępna w sekcji zbiorów brajlowskich dzdn.pl.
      Poszukiwania w starej prasie, to jest temat pewnie na jakiś osobny wpis, ale wszystko się opiera na tym, że portale z silnikiem Dlibra, np. ebuw.uw.edu.pl, często zawierają prócz skanów również tekstowe wersje automatycznie przetworzone oprogramowaniem rozpoznającym znaki, a wyszukiwanie w tych portalach odbywa się nie tylko w katalogu, ale też w tych właśnie tekstowych treściach.
      Gdy więc w ebuw wpiszemy słowo niewidomych, pojawia się kilkaset wyników, a jeśli skorzystamy z zaawansowanych zapytań silnika Doctrine i wpiszemy bez cudzysłowia „niewidom* OR ociemnia*” – no to wyników jest kilka tysięcy.
      Kolejny etap, to docieranie do wersji tekstowych, bo domyślnie się wyświetlają wersje skanowane w DJVU, a jeszcze następny – automatyzacja procesu, żeby te kilkaset plików z treścią tekstową automatycznie pobrać na dysk i – niestety ręcznie – przeszukać, chociaż mam też pomysł na automat upraszczający szybkie przeglądanie tekstów, ale póki co go nie napisałem.
      Takie poszukiwanie w treściach jest też możliwe w innych bibliotekach (np. polona.pl, rzecz jasna tylko dla zbiorów z wersją OCR).
      No i jest obciążone pewnym błędem, jeśli OCR się pomylił i zamiast szpotański jest na końcu tekstu Szpotanscl no to już system takiego czegoś nie wyszuka (można gwiazdkę stosować jako zamiennik końca słów i wtedy szanse rosną na znalezienie, ale też na wyniki niezwiązane z tym czego szukamy).

      Krótkie wzmianki z Typhlosa się pojawią, no i też inne krótkie i dłuższe rzeczy, których na Typhlosie jeszcze nie było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *